piątek, 21 kwietnia 2017

Broadchurch

Broadchurch 2013

8/10


Małe miasteczko w okowach strachu.

Broadchurch powstał w 2013 roku pod produkcją brytyjską. Ten intrygujący serial kryminalny doczekał się tylko trzech sezonów lecz to wystarczyło by zapisać go na swojej liście must have do obejrzenia. Historia na tyle przejmująca i dramatyczna, że amerykanie w 2014 roku przerobili Broadchurch na Gracepoint i zatrudnili nawet tego samego aktora do głównej roli detektywa. Jednakże nie ma to jak oryginał!

Spokój w małym nadmorskim miasteczku zostaje zachwiany przez zagadkowe morderstwo 11-letnieg Dannego Latimera, który pewnego poranka został znaleziony u stóp masywnego klifu leżącego na plaży. Lokalni mieszkańcy są wstrząśnięci tą zbrodnią nie będąc w stanie wyobrazić sobie kto mógł jej dokonać. Kto z nich czy też z ich znajomych byłby wstanie podjąć się tak makabrycznej zbrodni? W miasteczku gdzie wszyscy znali rodzinę Dannego i jego samego. W miasteczku gdzie fala przestępstw jest nikła. W miasteczku gdzie każdy sobie ufał aż do tego feralnego dnia. Jak podnieść się po takiej zbrodni i jak rodzinie patrzeć w oczy? Sprawa trudna do rozwikłania niemniej jednak z wielkim zapałem i determinacją bierze się za nią dwójka detektywów. Przyjezdny inspektor Alec Hardy (David Tennnat) oraz miejscowa pani detektyw Ellie Miller (Olivia Coman).



Dochodzenie prowadzone jest z wielką starannością i wnikliwością. Każdy trop jest brany pod uwagę a ulubiony hasłem inspektora jest „Nie ufaj nikomu!”. Prześwietlane są wszystkie bliższe i dalsze osoby z otoczenia rodziny Latimerów jak i sami jej członkowie. Niestety przy okazji śledztwa wychodzą na jaw sprawy, które prawdopodobnie nigdy nie ujrzałyby światła dziennego. Uświadamiające, że każdy może mieć jakiś brudy sekret i że z pozoru sielankowym miasteczku dzieję się o wiele więcej niż jego mieszkańcy są w stanie sobie wyobrazić. Dodatkowo spokój zostaje zaburzony przez najazd reporterów z całego kraju, którzy zwęszyli kolejny gorący temat i nie cofną się przed niczym by zbliżyć się do sprawy.

Serial zakończył się na trzecim sezonie. Pierwsze dwa toczą się wokół morderstwa Dannego Latimera natomiast ostatni co prawda rozgrywa się z tymi samymi bohaterami w tym samym mieście jednakże sprawa jest już zupełnie inna. Akcja w pierwszy sezonie poprowadzona jest w prawdziwie genialny sposób. Scenarzysta Chris Chibnall z odcinka na odcinek przechodzi samego siebie a finał mówiąc kolokwialnie sprawia, że mózg eksploduję. Historia poprowadzona jest w taki sposób, że w pewnym momencie podejrzani są wszyscy, każdy ma coś na sumieniu i rzeczywiście nikomu nie można ufać. Detektywi po nitce do kłębka dochodzą prawdy. Napięcie zbudowane jest spokojnie lecz narasta w miarę zbliżania się do końcowego odcinka. Pozostawia widzom bardzo duże pole do snucia własnych domysłów kto jest winny śmierci nastolatka. Angażuje nas tym samym w rozpacz rodziny, zaciekłość detektywów i niedowierzanie miejscowych. Raz postacią współczujemy a raz ich nie lubimy by potem diametralnie zmienić zdanie. Bohaterowie są złożeni i poprowadzeni w bardzo sprawy sposób. Jest ich wielu lecz każdy jest indywidualnością, która ma duży wkład na rozwój fabuły. A finał pierwszego sezonu to prawdziwy majstersztyk. Drugi sezon jest już mniej zaskakujący, ale nadal tak samo wciągający. Niestety trzeci sezon jest najsłabszy. Poruszana w nim odrębna historia sprawia trochę, że tracimy zapał do Broadchurch.



Jednakże czego nie można odmówić temu serialowi to przepięknych, idealnych ujęć. Zdjęcia momentami zachwycają tak bardzo, że ma się ochotę zatrzymać obraz by zapamiętać go na zawsze. Kamera pracuję bardzo płynnie i sprawnie. Cała ekipa od reżysera po montażystę naprawdę solidnie się przyłożyła stawiając tym samym Broadchurch na naprawdę wysokim poziomie w porównaniu do innych seriali kryminalnych. Dawno w serialu nie widziałam tak niesamowitych kadrów. Dla samych tych widoków warto obejrzeć tą brytyjską produkcję. Dorzućcie jeszcze do tego tajemnicze morderstwo, ciekawe postacie i sukces murowany. 

środa, 5 kwietnia 2017

Paterson


Paterson 2017

Reż Jim Jarmuch

10/10

Niezwykłość codzienności



Jim Jarmusch w swoim najnowszym dziele niewątpliwie postawił na prostotę oraz dualizm bohaterów. Z pozoru banalna historia ukazana jest w sposób nietuzinkowy udowadniając nam, że każda rzeczywistość może zakrawać o poetycki wymiar. Bez wątpienia osadzając w głównej roli Adama Drivera, który jest teraz na topie, Jarmusch wiedział doskonale co robi, jego gra aktorska to wisienka na torcie.

Paterson jest jednocześnie nazwiskiem głównego bohatera, miastem w którym mieszka oraz linią autobusową, której jest kierowcą. I dokładnie ma się takie wrażenie a pro po całego filmu, że jest on wielowymiarową powtarzalnością tych samych schematów. Paterson każdego dnia odtwarza swoje małe rytuały, wstaje, je płatki, idzie do pracy tą samą trasą, siada za kółkiem autobusu, podsłuchuje rozmowy pasażerów, obserwuje i inspiruje się otaczającą go rzeczywistością by później napisać wiersz. Jest apatyczny, spokojny, rzadko okazuje uczucia a jednocześnie wiemy, że w jego wnętrzu odbywa się prawdziwa poetycka bitwa. Jego muzą jest ukochana Laura ( Golshifteh Farahani ), która pod każdym względem jest przeciwieństwem Patersona. Chaotyczna artystka u której każdą emocję widać aż zbyt wyraźnie. Na pierwszy rzut oka ich związek nie powinien się udać więcej ich dzieli niż łączy. Jednakże jest taki pierwiastek, który sprawia, że oddziaływają na siebie idealnie. To miłość.



U Patersona zachwyca również jego skromność. Pomimo usilnych próśb jego żony on wcale nie ma zamiaru dzielić się swoją poezją wręcz nie odczuwa takiej potrzeby. Gdzie w pogoni za karierą i sławą współczesnego świata jest to dość niezwykłe zjawisko. Można by wręcz rzec, że archaiczne. Nie ma on również potrzeby posiadania jakichkolwiek technologicznych gadżetów. Pokora z jaką idzie przez życie może być prawdziwą inspiracją. Jednocześnie po mimo wszystko to jego życie wcale nie jest nudne czy pozbawione intensywności doznań. Tworząc swoje wiersze robi to przede wszystkim dla siebie. Z własnej potrzeby robienia czegoś kreatywnego. Wtedy wychodzi to najlepiej. Odnosi się wrażenie, że aktorzy swobodnie unoszą się na tafli tej historii i płyną z nią w idealnym rytmie. Jarmusch poprowadził ich bezbłędnie przez swoją nietuzinkową wizję. Dzięki temu atmosfera filmu jest nie do podrobienia.



Jim Jarmusch nie pierwszy raz manifestuję swoje niezadowolenie, że większość z nas nie potrafi z podobnej codzienności cieszyć się tak jak to robi Paterson. Ciągle za czymś gonimy licząc, że zaraz spotka nas coś niesamowitego i niezwykłego zapominając o tym, że rzeczywistość jaka się wokół nas roztacza może być prawdziwą magią zależy to tylko i wyłącznie od nas samych. W filmie została wykorzystana przepiękna poezja Rona Padgetta, która nadaje melancholijny wydźwięk całej tej historii. Proste, spokojne ujęcia i delikatna muzyka podkreślają tylko piękno prozy życia. Warto wracać do tego filmu ponieważ on w cudowny, szczery sposób uzmysławia nam, że nie warto się spieszyć. Natomiast warto od czasu do czasu usiąść i podumać.


niedziela, 12 marca 2017

Cloverfield Lane 10

Cloverfield Lane 10
reż. Dan Trachtenberg
8/10

Czy jesteś gotowy na apokalipsę ?

Reżyser Dan Trachtenberg postanowił posłużyć się złotą zasadą zaczerpniętą wprost od mistrza kina grozy, Alfreda Hitchcocka. Po pierwszych minutach filmu następuje swego rodzaju trzęsienie ziemi, a później napięcie już tylko rośnie. Akcja w Cloverfield Lane 10 ani na chwilę nie zwalnia.


Widz jest wręcz zasypywany nowymi wątkami, z którymi niezbyt ma czas się oswoić, ponieważ co chwilę dzieje się coś innego. Zabieg ten jest tak dobrze wyważony, że obraz ogląda się z prawdziwą przyjemnością i słodkim oczekiwaniem na to, co zaraz może się wydarzyć. Jest tutaj wszystko to, na co zagorzali amerykańscy fanatycy wyczekujący końca świata szykują się od pokoleń. Główna bohaterka Michelle (Mary Elizabeth Wintstead) trafia do jednego z nich.
Dziewczyna nie pamięta, co się wydarzyło, budzi się i widzi wokół siebie tylko ściany celi i wielkie metalowe drzwi na zasuwkę. Jej złamana noga przykuta jest kajdankami do muru w taki sposób, że ma bardzo ograniczone pole ruchy. Po kilku rozpaczliwych minutach pojawia się jej domniemamy oprawca i wybawiciel jednocześnie. Howard (John Goodman) twierdzi, że nie tylko uratował ją z wypadku samochodowego, ale również – i przede wszystkim – uchronił ją przed tajemniczym atakiem, który zgładził pozostałą część ludzkości. W jego schronie przeżyli tylko on, ona i, jak po chwili dowiadujemy, tajemniczy Emmett (John Gallagher Jr.). W ten oto sposób zaczyna się swoisty teatr trzech aktorów.


Michelle od początku sceptycznie podchodzi do całej sytuacji. Nie bardzo jest w stanie uwierzyć, że w jednej chwili prowadziła samochód, a w następnej znalazła się zamknięta w bunkrze z emerytowanym wojskowym, który twierdzi, że nastąpił koniec świata, lecz nie potrafi tego jej w żaden sposób udowodnić. Nasza bohaterka postanawia nie poddawać się i za wszelką cenę dotrzeć do drzwi prowadzących na zewnątrz schronu, by przekonać się na własne oczy czy to, co mówi Howard może być prawdą. Gdy udaje się jej zrealizować ten plan, brutalnie w twarz uderza ją rzeczywistość. W dalszej części opowieści twórcy postanowili wcale nie zwalniać tępa. Wręcz przeciwnie, scenariusz skonstruowany jest w taki sposób, że ani na chwilę widz nie może być pewien tego, co widzi i czy to rzeczywiście prawda. Wraz z główną bohaterką przeżywamy takie same rozterki, co do całej sytuacji i nawet Emmett zaczyna wątpić w szczerość swojego sąsiada. Czy Howard mówi prawdę, czy jest zwykłym szaleńcem przetrzymującym ich w bunkrze? Czy rzeczywiście nikt więcej nie przeżył? Te pytania kłębią się nam w głowie przez cały czas.
Reżyser niesamowicie wyważył napięcie panujące między trójką naszych bohaterów. Każdy z aktorów swoją rolę poprowadził bezbłędnie. John Goodman w roli Howarda każdym pojawieniem się na ekranie nie daje widzom żadnych wątpliwości, co do tego, jaki szacunek i strach ma budzić jego postać. Mamy tutaj tylko trójkę aktorów w jednym pomieszczeniu, co jest bardzo trudnym zabiegiem, który udaje się dobrze zrealizować tylko nielicznym twórcom. Pomimo tego ograniczenia, nie odczuwamy znużenia.


Finał Cloverfield Lane 10 jest esencją całej historii. W zależności od tego czy jesteście fanami takiego kina, czy nie, albo skończycie z oczami i ustami szeroko otwartymi z niedowierzania i szoku, albo stwierdzicie, że to bujdy i zaśmiejecie się reżyserowi w twarz. Niemniej jednak ta produkcja, do której przyłożył się sam J.J.Abrams, jest dziełem pełnym od początku do końca. Wszystko tu jest na swoim miejscu i niczego nie brakuje. Zdecydowanie jedna z najlepszych tegorocznych premier.





środa, 15 lutego 2017

Hunt for the Wilderpeople

Hunt for the Wilderpeople 2016

Reż. Taika Waititi

8/10

Gangster pośrodku buszu 

Nowozelandzki reżyser Taika Waititi w 2014 roku pokazał nam zupełne inne spojrzenie na życie wampirów 

w genialnym filmie, Co robimy w ukryciu. Udowodnił nam, że temat krwiopijców można pokazać w innym świetle dodatkowo zabarwionym oryginalnym humorem. Przedstawił nam swoją, podrasowana wersję Wywiadu z wampirem. Niedługo po tym sukcesie, bo już w 2016 roku powraca z Hunt for the Wilderpeople. Tym razem mamy młodocianego gangstera w środku prawdziwego buszu, który przeżywa niecodzienną przygodę i niezwykłą przemianę.  


Ricky Baker (Julian Dennison) jest tak zwanym trudnym dzieckiem wędrującym od jednego domu zastępczego do drugiego. W żadnym z nich nie może jednak dłużej zagrzać miejsca. Ten niepokorny łobuz nosi w sobie jedno wielkie marzenie, gdy dorośnie pragnie zostać prawdziwym gangsterem. Występki Ricky’ego doprowadzają go do zesłania do małego wiejskiego domu znajdującego się daleko od cywilizacji otoczonego górami i rozciągłym lasem. Jest to sytuacja nowa i niekomfortowa nie tylko dla samego Ricky’ego, ale również dla Heca (Sam Neill), który nie do końca zadowolony jest z obecności małego. Zupełnie odmiennie niż Bella (Rima Te Wiata), żona Heca, która jest wręcz wniebowzięta, że doczekali się bycia rodzicami. Początki są oporne a jednocześnie zabawne. Każdy z naszej trójki bohaterów na zupełnie inny sposób reagują na zaistniała sytuację by z czasem uzmysłowić sobie, ze to po prostu różne wymiary tego samego uczucia - szczęścia.


Hunt for the Wilderpeople jest lekką, świeżą historią, poruszającą trudne tematy. Jej groteskowy wymiar pozwala nam z łatwością wczuć się w klimat nowozelandzkiego buszu oraz w charaktery naszych bohaterów. Trudna relacja pomiędzy Hecem a Rickym wydaje nam się niemożliwa do rozwiązania. Jednakże nietypowa sytuacja, w jakiej nagle znajdują się i otoczenie zupełnie oddalone od cywilizacji sprawiają, że na swój pokraczny sposób zaczynają wspierać się i współtworzyć rodzinę. Uzmysławia na to, że nieważne jak jest ciężko ważne żeby odnaleźć miłość. Dać sobie szansę i kredyt zaufania. Niejednokrotnie może doprowadzić to do prawdziwej dzikiej, niezapomnianej przygody.

Taika Waititi dopieszcza to wszystko niesamowitymi ujęciami nowozelandzkiej przyrody zupełnie nieskażonej przez człowieka. Ten magiczny klimat sprawia, że pragnie się tam znaleźć chociażby na chwilę. Dodatkowo utwory Monikier dodają smaku tej sympatycznej historii. Reżyser oczami Ricky’ego, czyli trzynastolatka przedstawia nam świat, jako niekończącą się przygodę, którą jest życie. Często, jako dorośli zapominamy o tym ważnym aspekcie żeby mieć marzenia i z nich nie rezygnować. Zdecydowanie ten reżyser swoimi produkcjami zasługuję na uwagę i docenienie.







niedziela, 5 lutego 2017

American Honey

American Honey 2016

Andrea Arnold

8/10

Miłość, seks, narkotyki i amerykański sen.

American Honey ukazuję nam kolejną historie o młodych ludziach pragnących przerwać swoją
żałosną egzystencję i osiągnąć w życiu coś więcej. Poczuć się potrzebnym, docenianym a przede wszystkim znaleźć swoje miejsce na ziemi. Odnaleźć siebie i swoją przystań to główne marzenie naszej głównej bohaterki Star, w której postać wcieliła się debiutująca, młodziutka Sasha Lane.


Film zaczyna się od tego jak Star wraz z dwójką młodszego rodzeństwa poszukuje jedzenia w kontenerze na śmieci pobliskiego supermarketu. Strudzona nastolatka za wszelką cenę stara się zapewnić minimalne warunki życiowe dla dwójki brzdąców. Jest to podwójnie trudne gdyż ich matka woli imprezować a ona dodatkowo w domu musi znosić swojego zapijaczonego chłopaka. Nic dziwnego, że w momencie, w którym dziewczyna dostaję szaloną ofertę od przypadkowo spotkanego młodzieńca by wyruszyć z nim i jego ferajną do Kansas nie waha się ani chwili. Pragnienie odmienienia swojego losu jest silniejsze niż miłość do rodzeństwa, których podrzuca wyrodnej matce i zaczyna przygodę swojego życia z grupą innych odmieńców skrzywdzonych przez los podobnie jak ona.

Andrea Arnold przede wszystkim dostarcza nam dużą dawkę emocji. Alkohol, seks, narkotyki, zabawa, łzy a to wszystko rozgrywa się wokół sprzedaży czasopism, bo właśnie tym nasi młodzi bohaterowie się zajmują. Jeżdżą od miasta do miasta i pukając od drzwi do drzwi starają się wciskać ludziom prenumeraty. Ile w tym prawdy a ile oszustwa trudno powiedzieć. Szefową bandy jest niejaka Krystal, Riley Keough, która przyjmuje nowe osoby, zarządza kasą i kwitami za prenumeraty samej nie robiąc nic po za tym.  Nie ma tutaj wyszukanych dialogów ani przesadnych eufemizmów. Zamiast tego dostajemy szczerość, wiarygodne postacie i poczucie jakby oglądało się dokument. Emocje wypływają z ekranu wprost do serc i umysłów widzów. Niewinność naszych bohaterów jest słodka jak miód. Ujęcia piękne, prawdziwe i momentami szokujące. Typowa Ameryka. Typowa podróż po amerykański sen.


To wszystko jest tłem do historii miłosnej, jaka rozgrywa się pomiędzy Star a Jakem, Shia LeBeouf, który zwerbował ją do paczki. Dziewczyna wpadła po uszy i jest gotowa pójść za nim na koniec świata. Relacja ta niestety nie jest prosta i napotyka wiele komplikacji. Począwszy od nie do końca jasnej sytuacji pomiędzy Jakem a Krystal a skończywszy na naszych rozchwianych emocjonalnie bohaterach. Star dojrzewa, zagląda głęboko w swoje wnętrze i odpowiada sobie na pytanie, o czym tak naprawdę marzy by później na swój młodzieńczy niezdarny sposób próbować to osiągnąć by kochać i być kochaną.

American Honey jest słodko gorzką historią o poszukiwaniu swojego miejsca na świecie, który częściej bywa okrutny niż łagodny. Każdy z nas stara się to osiągnąć na swój własny sposób. Popełniając błędy, ucząc się na nich, upadając i podnosząc się raz za razem. Ważne by nie poddawać się i nie zgadzać na krzywdę, jaka nas niesłusznie spotyka. Jedyny zarzut, jaki można mieć do tego filmu to, że jest za długi. W pewnym momencie sekwencje się powtarzają i nie wkładają nic nowego do filmu. A akacja mozolnie płynie do przodu. Lecz jest to jedyne, co w połowie seansu zaczyna przeszkadzać. Całość jest pięknym zwieńczeniem prawdziwego amerykańskiego snu w brutalnej rzeczywistości.



czwartek, 2 lutego 2017

La La Land

La La Land 2017

Damien Chazelle

9/10


Sweet American Dream

Miasto gwiazd, czyli sławne Los Angeles od pokoleń przyciąga tłumy młodych ludzi z cały stanów i nie tylko w nadziei na spełnienie swojego amerykańskiego snu. Pomimo przeciwności losu i kłód rzucanych przez życie pod nogi każdy podąża za marzeniem by osiągnąć coś, co wpiszę się w karty historii. Dokładnie taką historię dostajemy w La La Land od reżysera i scenarzysty Damiena Chazellea. 

Młodziutka Mia, grana przez cudowną Emme Stone trwa w pół jawie w pół rzeczywistości miasta gwiazd od sześciu lat. Tyle czasu już stara się zostać aktorką, biegając z castingu na casting a między czasie pracując w małej kafejce w samym centrum wytwórni filmowej. Każdego dnia niestrudzenie brnie przez aleję sław by pewnego dnia samej być gwiazdą, lecz czy do tego dojdzie? Ukazane jest jak bardzo wyobrażenia o byciu wielką aktorką brutalnie zderzają się z rzeczywistością. Z przesłuchania na przesłuchanie jest, co raz gorzej. Jest ignorowana, niedoceniana i często niewysłuchana do końca a na korytarzu już czeka tłum takich samych dziewczyn gotowych tak jak Mia walczyć o marzenie. Bezbłędnie w tą postać wpisała się Emma, na ekranie jest naturalna, gra przyjemnie dla oka a przede wszystkim prawdziwie. Zwyczajna dziewczyna z sąsiedztwa, z którą każdy może się identyfikować pragnąca zostać kimś.

Z drugiej strony dostajemy postać Sebastiana, w którą wciela się jak zwykle tajemniczy Ryan Gosling. Sebastian żyje całkowicie w świecie klasycznego jazzu. Pragnie by jego złota era powróciła znowu z wielką mocą. Przez to jego rzeczywistość jest trochę odrealniona. Potrafi całymi dniami przesiadywać pod klubem, który niegdyś był domem wszystkich wielkich artystów jazzowych, zbiera przeróżne pamiątki z tamtych lat marząc by pewnego dnia otworzyć własny klub, w który połączy wszystko to, co kocha. Gosling idealnie wpasowuję się w postać zamkniętego w swoim świecie pasjonata muzyki jazzowej, grając surowo, ale jednocześnie elektryzująco. Kolejny raz uskutecznia sztukę grania emocji bez ich okazywania.
.


Mia i Sebastian ciekawie zaczynają swoją znajomość, która później równie ciekawie się rozwija. Ukazane jest jak ewoluują ich postacie przez to jak nawzajem na siebie oddziaływają. Sceny gdzie razem tańczą nie są idealne tak samo jak ich śpiew i koniec końców ich relacja, lecz dzięki temu film nabiera tak pięknego uroku. Sprawiając wrażenie życia toczącego się tuż obok nas. Nie jest to typowy musical i nie ma tutaj typowego musicalowego zakończenia. Losy naszych bohaterów są przewrotne w końcu Mia wybiera swoją ścieżkę i Sebastian swoją pomimo głębokiego uczucia tkwiącego w nich muszą dokonać trudnego wyboru. Pamiętając o tym, że gdy Ty sam nie jesteś szczęśliwy nie jesteś w stanie uszczęśliwić drugiej osoby. Każde z nich zaczyna spełniać swój amerykański sen.


Reżyser Damien Chazelle przepięknie gra światłem i ruchem kamery. Ujęcia są bajeczne a kolory ukazywane na ekranie pasujące bezbłędnie. Dodatkowo niesamowita ścieżka dźwiękowa, którą po seansie ma się ochotę katować do upadłego. Historia jest poprowadzona gładko wspomagana genialną grą aktorską. La La Land bawi, wzrusza a przede wszystkim pobudza w nas nadzieję i pragnienia na spełnianie własnych marzeń i wzięcia życia w swoje ręce. Na koniec zostajemy uraczeni krótkim pokazem tego jak by to mogło być gdyby życie było filmem z wielkim Happy Endem. Jakby to każdy z nas chciał żeby właśnie tak kończyły się wszystkie historię. Jednakże życie jest życiem często wymagającym trudnych decyzji i tragicznych wyborów, którym trzeba sprostać. La La Land ma w sobie magię połączoną z codziennością.


wtorek, 3 stycznia 2017

Kometa

Kometa 2014

Sam Esmail

9/10


Może w innym wszechświecie jesteśmy szczęśliwi.


Sam Esmail swój debitu reżyserki na wielkim ekranie postanowił wykorzystać w pełni. Temat
miłości i trudności związanych z byciem z kimś w relacji ubrał w niekonwencjonalne ramy. Wydarzenia w filmie rozgrywają się na przełomie sześciu lat w równoległych wszechświatach. Jest to historia Kimberly ( Emmy Rossum) i Della ( Justin Long ). W każdym z tych światów są jednocześnie tacy sami i inny. Borykają się z życiem, sprzeczają, kochają i nienawidzą. Lecz dokąd to wszystko zmierza?


Zdecydowanie nie jest to standardowa komedia romantyczna. Fabuła jest nieliniowa, a wydarzenia w filmie przedstawione są bez chronologii czasowej. Dzięki temu całość historii zostawia nam duże pole do interpretacji i na większość pytań widz musi odpowiedzieć sobie sam. Zmusza to odbiorcę do sięgnięcia po własne doświadczenia i zajrzenia w głąb swojej duszy. Niejednokrotnie wydarzenia, które się rozgrywają bądź wypowiedziane słowa sprawiają, że ze zrozumieniem kiwamy głową i czujemy cały natłok emocji razem z Kimberly i Dellem. Ich sprzeczki, rozmowy i mowa ciała odegrane są bezbłędnie. Oby dwoje emanują swoją duszą na ekranie i sprzedają ją nam, postronnym widzą. 



Kometa jest filmem bardzo pastelowym, grającym nie tylko asymetrycznymi kadrami, które jednocześnie ukazują ogrom poczucia samotności Della, ale jednocześnie zmieniającymi barwami na tafli ekranu zwiastującymi nam różne etapy związku. Pierwszoplanowym zagadnieniem jest szczerość partnerów i jak bardzo kłamstwa zmieniają nas i nasze odczucia, co do samych siebie a przede wszystkim, co do ukochanej osoby. Niesamowicie jest to widoczne poprzez wydarzenia, które nie następują po sobie po kolei a wręcz losowo. Im dalej w oszukiwanie siebie nawzajem tym bardziej umiera miłość. Gubimy się, ranimy i oddalamy sami nie rozumiejąc, co się właściwie dzieje, ponieważ tak mocno kochamy drugą stronę. Na końcu najsmutniejsza wydaje się prawda, że najbardziej doceniamy to, co właśnie utraciliśmy.



Sam Esmail pokazał nam swój nietuzinkowy styl i sprawił, że do jego obrazu chce się wracać raz po raz. Chce się wracać, dlatego, że nie sprzedaje on nam taniego romansu, ale prawdziwą historię związku. Takim, jakie jest życie. Nie okłamuje nas i nie obiecuję happy endu. Koniec zostawia wiele do namysłu nad swoim wnętrzem i relacjach, jakie budujemy zapominając często, że jesteśmy odpowiedzialni również za uczucia, jakie wzbudzamy w innych.