poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Wielkie kłamstewka

Wielkie kłamstewka
David E.Kelly

8/10

Brzydka prawda.

Wielkie kłamstewka to serial amerykańskiej produkcji oparty na powieści Liane Moriaty o tym samym tytule. Z pozoru wydaje się być opowiastką o sielankowym życiu bogatej społeczności mieszkającej w małej nadmorskiej miejscowości Monterey. Dość szybko przekonujemy się, że za każdym pięknym obrazem kryję się brzydka prawda.
Akcja serialu skupiona jest głównie wokół losu trzech bohaterek i ich rodzin, które przeplatają się z miejscową społecznością.
Madeline Martha Mackenzie ( Reese Witherspoon ), piękna, blond-włosa, wpływowa kobieta, która całkowicie poświeciła swoje życie wychowaniu swoich dwóch córek, młodszej Darby oraz nastoletniej już Abigail. Dzieli to również na swojego męża Eda, który zawsze stoi za nią murem choć to nie łatwe bo Madeline ma bardzo wybuchowy charakter. Wolny czas spędza w lokalnym teatrze na organizowaniu spektakli. Brzmi idealnie prawda? Lecz Madeline ma w swojej przeszłości zadrę, która może zniszczyć jej małżeństwo.
Celeste Wright ( Nicole Kidman ) jest byłą bardzo szanowaną panią prawnik, która sale sądową zamieniła na wychowanie dwójki swoich bliźniaków oraz spędzanie czasu z przystojnym, młodszym od niej mężem. Ogromny dom nad oceanem, dwójka ukochanych dzieci, idealny na pierwszy rzut oka mąż, czego chcieć więcej? Celeste zaczyna tęsknić za salą sądową lecz jej mąż jest kategorycznie przeciwny jej powrotowi tam. Generuje się między nimi co raz bardziej napięta sytuacja doprowadzająca do niepokojących wydarzeń.

Jane Chapman ( Shailene Woodley ) jest nowa w mieście. W dodatku jest samotnie wychowującą matką małego Ziggy'ego i na domiar tego wszystkiego jest kobietą pracującą i skromnie żyjącą. Zupełnie inaczej niż Celeste i Madeline. Niemniej jednak jakimś przedziwnym zbiegiem okoliczności cała trójka zaciska więzi i stają się prawdziwymi przyjaciółkami. Jane ma swoje demony z przeszłości, które cały czas nie chcą jej opuścić. Ziggy co raz częściej zadaje pytania o swojego tatę co co raz bardziej wytrąca z równowagi Jane, do czego to doprowadzi?
Fabuła poprowadzona jest bardzo sprawnie. Towarzyszą nam piękne zdjęcia, niesamowita okolica i z pozoru idealni mieszkańcy. A dodatkowo niesamowicie dobrana muzyka, która pojawiając się w danej scenie spełnia idealnie swoje zamierzenie czyli podkręca tylko ukazywany nam obraz jeszcze bardziej pobudzając emocję. W tej małej "utopi" zaczynają dziać się prawdziwe dramaty a koniec kwituje największy z nich. Sąsiedzkie intrygi, wzajemne rzucanie sobie kłód pod nogi, niewygodna prawda wychodząca na jaw i inne typowe dla każdej społeczności interakcje międzyludzkie. Raz lepsze a raz gorsze jak to w „rodzinie bywa” najlepiej wychodzi się z nią na zdjęciu. Twórcy serialu zapewniają nam intrygującą, zwartą akcję, która im bliżej finału tym wydaje się, że będzie bardziej spektakularna i zdecydowanie tak jest ! Przyznać również należy, że hollywoodzkie gwiazdy, które wcieliły się w główne postacie naprawdę spisały się wyśmienicie. Każda z nich zagrała na najwyższym poziomie spychając trochę na drugi tor swoje doświadczenia z dużego ekranu i prezentując nam coś nowego i świeżego. Na pewno dzięki temu serial przyciągnął aż tylu widzów na całym świecie.

Jeden z producentów HBO dla którego ekranizowany był serial zdradził, że poprosił autorkę powieści o kontynuację więc całkiem możliwe, że w niedalekiej przyszłości poznamy dalsze losy naszych bohaterek oraz to jak wpłynęła na nie końcowa tragedia.  

wtorek, 18 lipca 2017

Mięso

Mięso 2017
Julia Ducournau


7/10

A Ty co masz ochotę dziś zjeść?

  Julia Ducournau swoją karierę międzynarodową zaczyna dość mocnym debiutem na dużym ekranie. Mięso zostało okrzyknięte jednym z najbardziej odstręczającym i przyprawiającym o mdłości horrorem ostatnich lat. Dla przeciętnego widza za pewne tak będzie. Jednakże dla wytworniejszych smakoszy filmów grozy może nie do końca.

Po ogólnym skandalu w okół filmu spodziewać się można było czegoś na poziomie Martyrys bądź Frontière(s) lecz obiektywnie patrząc nie jest aż tak strasznie. Mięso to opowieść o młodej wegetariance Justine (Garance Marillier), której odwiecznym marzeniem było dostać się na weterynarię i dokonuję tego jako jedna z najlepszych uczennic. Trafia na uczelnie na której tą samą specjalizację studiuję jej starsza siostra Alexia (Ella Rumpf). Jak to na początku bywa Justine musi przejść chrzest bojowy od starszych kolegów by zasłużyć na miano pierwszoroczniaka. Jednym z zadań do przejścia jest zjedzenie surowych nerek królika. Justine pod przymusem i z obrzydzeniem dokonuje tego czynu. Od tej pory dziewczyna zaczyna przejawiać co raz bardziej zdziczałe i dziwaczne zachowania.

Jak dowiadujemy się już na początku filmu cała rodzina Justine wyznaję dietę wegetariańską. Ostra reakcja jej mamy już na początku filmu, spowodowana kawałkiem mięsa w obiedzie Justine w restauracji, daje już dużo do myślenia. Jak wiemy gdy zwierze raz zasmakuje świeżego mięsa i krwi nie poprzestanie dopóki nie upoluje zwierzyny. I właśnie dokładnie to dzieję się z naszą niewinną Justine. Wyostrzają się jej zmysły, staje się pobudzona i ma ogromną ochotę na mięso. Na świeże ludzkie mięso. Instynkt przejmuje nad nią kontrolę. Gdy jej siostra dowiaduje się o tym pokazuję Justine jak ona "poluje" by się najeść. Dziewczyna na początku reaguje paniką lecz ze swoimi prawdziwym wcieleniem nie jest w stanie walczyć. Okazuję się, że nie bez powodu jej cała rodzina wychowywała się w diecie wegetariańskiej. Kanibalizm mają we krwi, dosłownie.

Na uwagę zasługuje również gra aktorska oby dwóch dziewczyn. Garance Marillier w bardzo naturalny i przekonujący sposób wciela się w rozchwianą emocjonalnie, dorastająca kanibalkę, Justine. Młoda dziewczyna w okresie dojrzewania przeżywa swój mały dramat zupełnie nie pasujący do otaczającego ją świta. Marillier tą rolą pokazuję, że jest utalentowaną aktorką nie bojącą się wyzwań zagrania drastycznych scen. Ella Rumpf gra starszą siostrę, która jak się domyślamy już jakiś czas temu odkryła swoje prawdziwe ja. Dziewczyna jest wyzwolona i szalona również nie cofająca się przed niczym. Nie każdy miałby odwagę zagrać w takim filmie i to tak swobodnie.

Reżyserka Julia Ducournau postawiła na mocny temat lecz nie oderwany od rzeczywistości. Akcja filmu dzieję się współcześnie wśród młodego środowiska studentów. Kanibalizm znany jest od setek lat zarówno w przyrodzie jak i wśród ludzi. Na pewno jest to zjawisko wychodzące po za kanon dobrego smaku i przestrzegania zasad moralnych, ale nie jest to coś "nie z tej ziemi". Ujęcia w filmie są bardzo surowe i mocne. Muzyka świetnie dobrana cały czas podkręca tematykę i utrzymuję film w klimacie. Co prawda niektóre sceny naprawdę sprawiają, że ma się ochotę odwrócić wzrok i pomyśleć o czymś miłym. Jednak film ma moc przyciągania i dalej z fascynacją, ale i oburzeniem brnie się w tą opowieść. Zdecydowanie jest powiewem nowości i świeżości jeśli chodzi o horrory. Dzięki Julian Ducournau wiemy, że ten gatunek filmu może nadal zaskakiwać.  

piątek, 14 lipca 2017

It Comes At Night

To przychodzi po zmroku 2017
 Trey Edward Shults
8/10

Minimalistyczny koniec świata


 Trey Edward Shults w To przychodzi po zmorku postawił na ukazanie świata post-apokaliptycznego w zupełnie niecodziennym świetle. Odludzie, dookoła bezkresna przyroda, samotność głównych bohaterów, narracyjny minimalizm oraz enigma. Wszystko jest niewyjaśnioną zagadką. Opowieść zdaje się nie mieć ani początku ani końca. Widz pozostawiony jest sam na sam ze swoim umysłem. Klimat izolacji, osamotnienia oraz niewytłumaczalnego lęku towarzyszy nam już od pierwszych minut filmu i nie opuszcza aż do wyjścia z sali kinowej.

Historia rozgrywa się w samotnym domostwie otoczonym przez las. Paul (Joel Edgerton), Travis (Kelvin Harrison Jr.) oraz Sarah (Carmen Ejogo) staraja się przetrwać w niecodziennych warunkach. Wprowadzają w rytm swojego życia rutynę oraz zakres obowiązków tak by uchronić się jak najlepiej przed czyhającym złem. Jedną z najważniejszych zasad do przestrzegania jest nie wychodzenie po zmroku pod żadnym pozorem oraz pilnowanie by czerwone drzwi zawsze były zamknięte. Na myśl wytrawnemu kinomanowi przyjdą w tym momencie na pewno takie filmy jak Lśnienie, Coś bądź Blair Witch Project. Choć Shults nie wyreżyserował typowego horroru odchodząc od kluczowego opisu tego gatunku bardzo daleko nie budzi wątpliwości, że nieznanym potrafi idealnie wzbudzić w widzu atak paniki.

 Proza życia naszej trójki bohaterów zostaje najpierw dość mocno nadszarpnięta przez tragiczną śmierć ojcy Sarah a następnie przez pojawienie się tajemniczego mężczyzny Willa (Christopher Abbot), który przekonuje do siebie na tyle Sarah i Paula, że postanawiają dać schronienie jemu i jego żonie z małym synkiem. Od tego momentu głównie z Travisem, synem Saraha i Paula, dzieją się dość niepokojące rzeczy. Nastolatek ewidentnie poczuł się zafascynowany nowo przybyłą młodziutką żoną Willa, Kim ( Riley Keough). Co jest całkowicie zrozumiałe zwłaszcza,że 17-nastolatek został pozbawiony całego okresu odkrywania swojej płci jak i płci przeciwnej przez tajemniczego wirusa. Dodatkowo Travisem targają mocno niepokojące koszamry ,które pojawiają się co noc. Momentami gubimy się w tym co jest prawdą a co tylko jego marą senną.  

 Dwie rodziny skazane całkowicie na siebie przez 24/7 w obliczu strachu przed śmiercią. Współpracują ze sobą, wspierają się i żyją jednakże doza nieufności pojawia się bardzo szybko. Shults idealnie pokazuję jak cienka granica jest pomiędzy człowieczeństwem a poddaniu się zwierzęcym instynktom w pragnieniu przetrwania. Przetrwa lepszy, silniejszy i ten bardziej pozbawiony emocji. Dobrze wykreowane postacie, łagodne, momentami stoickie ujęcia podkręcają tylko klimat mieszkania niczym na bezludnej wyspie. A w końcu to co przychodzi po zmroku nie przychodzi ,ani z ciemnego lasu, ani z piekielnych czeluści to siedzi głęboko ukryte w każdym z nas i tylko czeka by przy sprzyjających warunkach pokazać się światu dziennemu.  

 

sobota, 10 czerwca 2017

Song to song

Song to song 2017

Terrence Malick


8/10

Każde doświadczenie jest lepsze niż jego brak

Bohaterowie najnowszego filmu Terrence’a Malicka to czwórka barwnych osobowości. BV (Ryan Gosling), Faye (Rooney Mara), Cook (Michael Fassbender) i Rhonda ( Natalie Portman). Różnią się od siebie diametralnie, a jednak niewytłumaczalnie coś nieustannie ich do siebie przyciąga. Żyją tak, jakby jutra miało nie być, od piosenki do piosenki, wyznając zasadę, że każde doświadczenie jest lepsze niż jego brak. 


Malick i w tym filmie nie stroni od poetyckości, metafor oraz ukazywania egzystencjalnego bólu młodego pokolenia. Nasi bohaterowie to zagubione we współczesności kreatywne dusze. Pragną wybić się na scenie muzycznej, by dostrzegł ich świat i by w końcu ich byt nabrał większego znaczenia. Podążając za swoją pasją, wplątują się niejednokrotnie w skomplikowane relacje. Chciałoby się rzec: piękne twarze zagubione w pięknych przestrzeniach. BV pragnie być muzykiem z krwi i kości, Faye nie wiadomo czy bardziej szuka prawdziwej miłości czy kariery piosenkarki, Cook potrafi manipulować i bawić się ludźmi dla własnych korzyści, gubiąc się w tym namiętnie, zaś Rhonda jest dziewczyną całkowicie spoza tego przesiąkniętego seksem, narkotykami, pieniędzmi i muzyką świata. I niestety chyba z nich wszystkich najbardziej dotkliwie ma za to zapłacić.

Między naszymi bohaterami tworzą się związki, a momentami nawet trójkąty. Plączą się w tym, oszukują, odnajdują, by potem znowu spaść na samo dno. Melancholijna Faye zdaje się być złożona z powietrza, miłości, smutku i poezji. Jej narracja jest subtelna i nasiąknięta tęsknotą. Tęsknotą za prawdziwym uczuciem. Lawiruje pomiędzy różnymi osobami niczym w labiryncie osobowości. Bohaterowie prowadzą często monologi, które zlewają się w całość jak strumień świadomości. Zadają retoryczne pytania, na które nie uzyskujemy żadnej odpowiedzi. Snują rozmyślania i mają rozterki. Wszystko to rzucone jest widzom w twarz, by sami sobie z tym poradzili. Malick nie jest pod tym względem łatwym reżyserem. Pozostawia odbiorcom bardzo duże pole do interpretacji.


Akcja filmu rozgrywa się na różnych płaszczyznach w różnorodnym otoczeniu. Nie ma tu stałego miejsca, jakby reżyser pragnął jeszcze bardziej podkreślić przemijanie i ciągłe poszukiwanie czegoś innego, lepszego, nieznanego. Raz znajdujemy się na festiwalu muzycznym i rozmawiamy z Iggym Popem, innym razem na snobistycznym przyjęciu dla elity, by na końcu wylądować w jakimś przypadkowym mieszkaniu razem z Faye i BV albo w ekskluzywnej, modernistycznej posiadłości Cooka. Sceny zmieniają się niczym migawki z teledysków. Wszystko ma charakter próby uwiecznienia prawdziwej rzeczywistości. Pokazania nam każdej łzy, każdego drżenia kącika ust i zamyślonego spojrzenia.



Song to song nie jest filmem łatwym w odbiorze. Nie jest też obrazem dla każdego. Styl Malica trzeba czuć. Razem z nim stanąć za kamerą, by z fascynacją obserwować żuka, psa, drzewo, niebo i skrawki ciał naszych bohaterów oraz otaczających ich ludzi. Widz, żeby go zrozumieć, musi mu zaufać i dać się ponieść tej niezwykłej opowieści. Popłynąć razem z bohaterami w górę rzeki, by później z impetem spaść na samo dno. Być w zawieszeniu w stanie nieważkości. A przede wszystkim chłonąć i przyswoić to wszystko, co zostaje nam ukazane, bo każde doświadczenie jest lepsze od jego braku.

piątek, 21 kwietnia 2017

Broadchurch

Broadchurch 2013

8/10


Małe miasteczko w okowach strachu.

Broadchurch powstał w 2013 roku pod produkcją brytyjską. Ten intrygujący serial kryminalny doczekał się tylko trzech sezonów lecz to wystarczyło by zapisać go na swojej liście must have do obejrzenia. Historia na tyle przejmująca i dramatyczna, że amerykanie w 2014 roku przerobili Broadchurch na Gracepoint i zatrudnili nawet tego samego aktora do głównej roli detektywa. Jednakże nie ma to jak oryginał!

Spokój w małym nadmorskim miasteczku zostaje zachwiany przez zagadkowe morderstwo 11-letnieg Dannego Latimera, który pewnego poranka został znaleziony u stóp masywnego klifu leżącego na plaży. Lokalni mieszkańcy są wstrząśnięci tą zbrodnią nie będąc w stanie wyobrazić sobie kto mógł jej dokonać. Kto z nich czy też z ich znajomych byłby wstanie podjąć się tak makabrycznej zbrodni? W miasteczku gdzie wszyscy znali rodzinę Dannego i jego samego. W miasteczku gdzie fala przestępstw jest nikła. W miasteczku gdzie każdy sobie ufał aż do tego feralnego dnia. Jak podnieść się po takiej zbrodni i jak rodzinie patrzeć w oczy? Sprawa trudna do rozwikłania niemniej jednak z wielkim zapałem i determinacją bierze się za nią dwójka detektywów. Przyjezdny inspektor Alec Hardy (David Tennnat) oraz miejscowa pani detektyw Ellie Miller (Olivia Coman).



Dochodzenie prowadzone jest z wielką starannością i wnikliwością. Każdy trop jest brany pod uwagę a ulubiony hasłem inspektora jest „Nie ufaj nikomu!”. Prześwietlane są wszystkie bliższe i dalsze osoby z otoczenia rodziny Latimerów jak i sami jej członkowie. Niestety przy okazji śledztwa wychodzą na jaw sprawy, które prawdopodobnie nigdy nie ujrzałyby światła dziennego. Uświadamiające, że każdy może mieć jakiś brudy sekret i że z pozoru sielankowym miasteczku dzieję się o wiele więcej niż jego mieszkańcy są w stanie sobie wyobrazić. Dodatkowo spokój zostaje zaburzony przez najazd reporterów z całego kraju, którzy zwęszyli kolejny gorący temat i nie cofną się przed niczym by zbliżyć się do sprawy.

Serial zakończył się na trzecim sezonie. Pierwsze dwa toczą się wokół morderstwa Dannego Latimera natomiast ostatni co prawda rozgrywa się z tymi samymi bohaterami w tym samym mieście jednakże sprawa jest już zupełnie inna. Akcja w pierwszy sezonie poprowadzona jest w prawdziwie genialny sposób. Scenarzysta Chris Chibnall z odcinka na odcinek przechodzi samego siebie a finał mówiąc kolokwialnie sprawia, że mózg eksploduję. Historia poprowadzona jest w taki sposób, że w pewnym momencie podejrzani są wszyscy, każdy ma coś na sumieniu i rzeczywiście nikomu nie można ufać. Detektywi po nitce do kłębka dochodzą prawdy. Napięcie zbudowane jest spokojnie lecz narasta w miarę zbliżania się do końcowego odcinka. Pozostawia widzom bardzo duże pole do snucia własnych domysłów kto jest winny śmierci nastolatka. Angażuje nas tym samym w rozpacz rodziny, zaciekłość detektywów i niedowierzanie miejscowych. Raz postacią współczujemy a raz ich nie lubimy by potem diametralnie zmienić zdanie. Bohaterowie są złożeni i poprowadzeni w bardzo sprawy sposób. Jest ich wielu lecz każdy jest indywidualnością, która ma duży wkład na rozwój fabuły. A finał pierwszego sezonu to prawdziwy majstersztyk. Drugi sezon jest już mniej zaskakujący, ale nadal tak samo wciągający. Niestety trzeci sezon jest najsłabszy. Poruszana w nim odrębna historia sprawia trochę, że tracimy zapał do Broadchurch.



Jednakże czego nie można odmówić temu serialowi to przepięknych, idealnych ujęć. Zdjęcia momentami zachwycają tak bardzo, że ma się ochotę zatrzymać obraz by zapamiętać go na zawsze. Kamera pracuję bardzo płynnie i sprawnie. Cała ekipa od reżysera po montażystę naprawdę solidnie się przyłożyła stawiając tym samym Broadchurch na naprawdę wysokim poziomie w porównaniu do innych seriali kryminalnych. Dawno w serialu nie widziałam tak niesamowitych kadrów. Dla samych tych widoków warto obejrzeć tą brytyjską produkcję. Dorzućcie jeszcze do tego tajemnicze morderstwo, ciekawe postacie i sukces murowany. 

środa, 5 kwietnia 2017

Paterson


Paterson 2017

Reż Jim Jarmuch

10/10

Niezwykłość codzienności



Jim Jarmusch w swoim najnowszym dziele niewątpliwie postawił na prostotę oraz dualizm bohaterów. Z pozoru banalna historia ukazana jest w sposób nietuzinkowy udowadniając nam, że każda rzeczywistość może zakrawać o poetycki wymiar. Bez wątpienia osadzając w głównej roli Adama Drivera, który jest teraz na topie, Jarmusch wiedział doskonale co robi, jego gra aktorska to wisienka na torcie.

Paterson jest jednocześnie nazwiskiem głównego bohatera, miastem w którym mieszka oraz linią autobusową, której jest kierowcą. I dokładnie ma się takie wrażenie a pro po całego filmu, że jest on wielowymiarową powtarzalnością tych samych schematów. Paterson każdego dnia odtwarza swoje małe rytuały, wstaje, je płatki, idzie do pracy tą samą trasą, siada za kółkiem autobusu, podsłuchuje rozmowy pasażerów, obserwuje i inspiruje się otaczającą go rzeczywistością by później napisać wiersz. Jest apatyczny, spokojny, rzadko okazuje uczucia a jednocześnie wiemy, że w jego wnętrzu odbywa się prawdziwa poetycka bitwa. Jego muzą jest ukochana Laura ( Golshifteh Farahani ), która pod każdym względem jest przeciwieństwem Patersona. Chaotyczna artystka u której każdą emocję widać aż zbyt wyraźnie. Na pierwszy rzut oka ich związek nie powinien się udać więcej ich dzieli niż łączy. Jednakże jest taki pierwiastek, który sprawia, że oddziaływają na siebie idealnie. To miłość.



U Patersona zachwyca również jego skromność. Pomimo usilnych próśb jego żony on wcale nie ma zamiaru dzielić się swoją poezją wręcz nie odczuwa takiej potrzeby. Gdzie w pogoni za karierą i sławą współczesnego świata jest to dość niezwykłe zjawisko. Można by wręcz rzec, że archaiczne. Nie ma on również potrzeby posiadania jakichkolwiek technologicznych gadżetów. Pokora z jaką idzie przez życie może być prawdziwą inspiracją. Jednocześnie po mimo wszystko to jego życie wcale nie jest nudne czy pozbawione intensywności doznań. Tworząc swoje wiersze robi to przede wszystkim dla siebie. Z własnej potrzeby robienia czegoś kreatywnego. Wtedy wychodzi to najlepiej. Odnosi się wrażenie, że aktorzy swobodnie unoszą się na tafli tej historii i płyną z nią w idealnym rytmie. Jarmusch poprowadził ich bezbłędnie przez swoją nietuzinkową wizję. Dzięki temu atmosfera filmu jest nie do podrobienia.



Jim Jarmusch nie pierwszy raz manifestuję swoje niezadowolenie, że większość z nas nie potrafi z podobnej codzienności cieszyć się tak jak to robi Paterson. Ciągle za czymś gonimy licząc, że zaraz spotka nas coś niesamowitego i niezwykłego zapominając o tym, że rzeczywistość jaka się wokół nas roztacza może być prawdziwą magią zależy to tylko i wyłącznie od nas samych. W filmie została wykorzystana przepiękna poezja Rona Padgetta, która nadaje melancholijny wydźwięk całej tej historii. Proste, spokojne ujęcia i delikatna muzyka podkreślają tylko piękno prozy życia. Warto wracać do tego filmu ponieważ on w cudowny, szczery sposób uzmysławia nam, że nie warto się spieszyć. Natomiast warto od czasu do czasu usiąść i podumać.


niedziela, 12 marca 2017

Cloverfield Lane 10

Cloverfield Lane 10
reż. Dan Trachtenberg
8/10

Czy jesteś gotowy na apokalipsę ?

Reżyser Dan Trachtenberg postanowił posłużyć się złotą zasadą zaczerpniętą wprost od mistrza kina grozy, Alfreda Hitchcocka. Po pierwszych minutach filmu następuje swego rodzaju trzęsienie ziemi, a później napięcie już tylko rośnie. Akcja w Cloverfield Lane 10 ani na chwilę nie zwalnia.


Widz jest wręcz zasypywany nowymi wątkami, z którymi niezbyt ma czas się oswoić, ponieważ co chwilę dzieje się coś innego. Zabieg ten jest tak dobrze wyważony, że obraz ogląda się z prawdziwą przyjemnością i słodkim oczekiwaniem na to, co zaraz może się wydarzyć. Jest tutaj wszystko to, na co zagorzali amerykańscy fanatycy wyczekujący końca świata szykują się od pokoleń. Główna bohaterka Michelle (Mary Elizabeth Wintstead) trafia do jednego z nich.
Dziewczyna nie pamięta, co się wydarzyło, budzi się i widzi wokół siebie tylko ściany celi i wielkie metalowe drzwi na zasuwkę. Jej złamana noga przykuta jest kajdankami do muru w taki sposób, że ma bardzo ograniczone pole ruchy. Po kilku rozpaczliwych minutach pojawia się jej domniemamy oprawca i wybawiciel jednocześnie. Howard (John Goodman) twierdzi, że nie tylko uratował ją z wypadku samochodowego, ale również – i przede wszystkim – uchronił ją przed tajemniczym atakiem, który zgładził pozostałą część ludzkości. W jego schronie przeżyli tylko on, ona i, jak po chwili dowiadujemy, tajemniczy Emmett (John Gallagher Jr.). W ten oto sposób zaczyna się swoisty teatr trzech aktorów.


Michelle od początku sceptycznie podchodzi do całej sytuacji. Nie bardzo jest w stanie uwierzyć, że w jednej chwili prowadziła samochód, a w następnej znalazła się zamknięta w bunkrze z emerytowanym wojskowym, który twierdzi, że nastąpił koniec świata, lecz nie potrafi tego jej w żaden sposób udowodnić. Nasza bohaterka postanawia nie poddawać się i za wszelką cenę dotrzeć do drzwi prowadzących na zewnątrz schronu, by przekonać się na własne oczy czy to, co mówi Howard może być prawdą. Gdy udaje się jej zrealizować ten plan, brutalnie w twarz uderza ją rzeczywistość. W dalszej części opowieści twórcy postanowili wcale nie zwalniać tępa. Wręcz przeciwnie, scenariusz skonstruowany jest w taki sposób, że ani na chwilę widz nie może być pewien tego, co widzi i czy to rzeczywiście prawda. Wraz z główną bohaterką przeżywamy takie same rozterki, co do całej sytuacji i nawet Emmett zaczyna wątpić w szczerość swojego sąsiada. Czy Howard mówi prawdę, czy jest zwykłym szaleńcem przetrzymującym ich w bunkrze? Czy rzeczywiście nikt więcej nie przeżył? Te pytania kłębią się nam w głowie przez cały czas.
Reżyser niesamowicie wyważył napięcie panujące między trójką naszych bohaterów. Każdy z aktorów swoją rolę poprowadził bezbłędnie. John Goodman w roli Howarda każdym pojawieniem się na ekranie nie daje widzom żadnych wątpliwości, co do tego, jaki szacunek i strach ma budzić jego postać. Mamy tutaj tylko trójkę aktorów w jednym pomieszczeniu, co jest bardzo trudnym zabiegiem, który udaje się dobrze zrealizować tylko nielicznym twórcom. Pomimo tego ograniczenia, nie odczuwamy znużenia.


Finał Cloverfield Lane 10 jest esencją całej historii. W zależności od tego czy jesteście fanami takiego kina, czy nie, albo skończycie z oczami i ustami szeroko otwartymi z niedowierzania i szoku, albo stwierdzicie, że to bujdy i zaśmiejecie się reżyserowi w twarz. Niemniej jednak ta produkcja, do której przyłożył się sam J.J.Abrams, jest dziełem pełnym od początku do końca. Wszystko tu jest na swoim miejscu i niczego nie brakuje. Zdecydowanie jedna z najlepszych tegorocznych premier.