czwartek, 23 listopada 2017

Mother!

Mother!

reż. Darren Aronofsky

9/10



Mistrz psychologicznego kina, lubiący wychodzić poza wszelkie schematy i szokować widza najbardziej jak się tylko da, powraca w wielkim stylu. Po niezbyt udanej i zrozumiałej produkcji Noe: wybrany przez Boga z 2014 roku Aronofsky stworzył film, które zdecydowanie podzieli publiczność na zagorzałych zwolenników i przeciwników. Mother! jest dziełem bezkompromisowym i zachęcającym do dyskusji. Albo się w nim zakochacie albo je znienawidzicie. A potoczne stwierdzenie: „co się zobaczy to się nie odzobaczy” niech da wam do myślenia przed wybraniem się na seans.
Mother! w dużym uproszczeniu ukazuję historię poety i jego muzy. Gdzieś pośrodku łąki oddaleni od cywilizacji i pozostawieni sami w sobie w ogromnym przepięknym domu prowadzą idylliczne życie niczym w jakieś utopii. Tytułowa matka czyli Jennifer Lawrence stara się za wszelką cenę być wsparciem i opoką dla swojego ukochanego, walczącego z niemocą twórczą męża, w którego rolę wciela się Javier Bardem. W tym celu przejmuje wszystkie obowiązki łącznie z wyremontowaniem i udekorowaniem domostwa, tak by stało się ich ostoją. Miejsce to – tak jak ona – tętni życiem i staje się piękną metaforą matki wystawionej na ciężką próbę. A dochodzi do tego w momencie, gdy zbłąkany nieznajomy puka do ich drzwi, co jest dość niecodzienną sprawą na tym odludziu i zmienia ich życie na zawsze. Poeta przyjmuje strudzonego wędrowca z ufnością i gościnnością, które wydają się wręcz przesadne, a jego najdroższa pomimo wątpliwości nadal stara się grać idealną panią domu. Tylko, że dzwonek do drzwi nie przestaje dzwonić, a atmosfera coraz mocniej zamienia się w niepokojącą i duszną.



Aronofsky bardzo wyraźnie balansuje tutaj na krawędzi realizmu i iluzji. Zresztą to nie pierwsze dzieło, w którym reżyser zmusza nas do wyjścia poza ogólne schematy naszej wyobraźni i sięgania dalej, analizowania i odkrywania jego twórczości na innych poziomach świadomości. Ukazuje nam pozornie rzeczywisty świat z przyziemnymi problemami, ale czyni z niego piękną alegorię, którą wytrawniejszy fan kina dostrzeże bez problemu. Pozostali mogą mieć jednak z Mother! nie lada problem i chyba właśnie tutaj następuje podział na fanów i przeciwników. Nie jest to kino łatwe, przyjemne i oczywiste. Dzieje się tutaj bardzo wiele, a każde ujęcie odkrywa przed nami nową prawdę oraz wzbudza inne obawy. Jennifer Lawrence, grająca kluczową rolę tytułową, idealnie balansuje emocjami swojej postaci do tego stopnia, że wchodzimy niemal w jej skórę. Filmem tym po raz kolejny udowadnia, jak wybitną jest aktorką i że jeszcze długa kariera przed nią. Partnerujący jej Javier Bardem nie pozostaje obojętny. Gdy patrzymy na jego rolę, pojawia się nam w głowie bardzo wiele znaków zapytania, które stopniowo zamieniają się w pulsujące wykrzykniki. Pomimo tego, że w filmie pojawiają się również inne postacie, śmiało można powiedzieć, że ta dwójka całkowicie kradnie spektakl.


Mother! akcja rozgrywa się w jednym miejscu. W domu, który staje się kluczowym elementem całości historii. Metaforą wykorzystywaną już przez kino nie raz, ale tutaj ukazaną w bardziej osobliwy i dobitny sposób. Reżyser udowadnia widzom niemal tak jak Polański w Rzezi, że akcja rozgrywająca się w jednym miejscu czy też zamkniętym pomieszczeniu wcale nie musi być historią nudną. Wręcz przeciwnie – jeśli tylko jest dobrze poprowadzona. Aronofsky ciekawie pracuje kamerą, a wytworzony klimat filmowego domu idealnie wpasowuje się w spójną całość opowieści. Przede wszystkim widzimy trudny proces pracy artysty i wiążące się z tym problemy we współżyciu z członkami rodziny. Osobą, która jest kapryśna, rozdrażniona i pragnie za wszelką cenę stworzyć kolejne arcydzieło oraz być wielbioną przez tłumy.



Darren Aronofsky lubi szokować i trzymać widza w napięciu do granic wytrzymałości. Mroczna wyobraźnia reżysera przypomina trochę w Mother! niepokojące obrazy Salvadora Dalego, na któych rzeczywiste przedmioty ukazywane są w sposób przerysowany, niecodzienny i, mówiąc prosto, dziwny. Nie każdemu się to spodoba i nie każdy to zrozumie, niemniej jednak reżyserowi należy się wielki szacunek za to, że w hollywoodzkiej fabryce tak jak jego europejscy koledzy von Trier czy Lanthimos przełamuje schematy i robi swoje wyjątkowe, oryginalne kino, zdając sobie sprawę, że nie trafi ono do wszystkich, a tylko do nielicznych wybranych.  

poniedziałek, 23 października 2017

Mindhunters

Mindhunter 2017

reż. David Fincher


9/10

Wejść w umysł mordercy.

 Netflix tym razem zabiera nas w podróż do późnych lat 70 by wraz z dwójką agentów FBI wkraczać w najmroczniejsze zakamarki umysłów seryjnych morderców. Badanie ma na celu zdefiniowanie dewiacji, czynników wpływających na dokonanie zbrodni oraz gdzie i jak to wszystko się zaczęło. Obserwujemy jak powstaje program katalogowania i portretowania prawdziwych potworów znanych dziś na całym świecie ze swoich niechlubnych zbrodni.

 Agenci Tench (Holt McCallany) i Ford (Jonathan Groff) wyruszają w podróż po Ameryce by odbywać rozmowy z najniebezpieczniejszymi zbrodniarzami w historii. Pragnieniem agenta Ford jest przejrzenie na wskroś ich psychiki by w przyszłości być wstanie przewidywać zbrodnie i rozpoznawać zwyrodnialców zanim posuną się dalej i wyjdą poza swoje grzeszne fantazje. Ten młody zdeterminowany mężczyzna pomimo początkowych nieprzychylnych spojrzeń od szefostwa znacząco wpłynął na rozwój wydziału behawiorystki pod doświadczonym okiem agenta Tencha. Wkrótce dołącza do nich również zmysłowa i inteligentna pani doktor Wendy (Anna Tev), która pomaga w opracowaniu kwestionariusza rozmów ze złoczyńcami. Nadmienić należy, że ówcześnie było to naprawdę wielką nowością w pracy FBI i policji. Do tej pory nikt nie zastanawiał się nad analizowaniem zachowań zbrodniarzy a już na pewno nikt nie miał ochoty wdawać się z nim w większe dyskusje. Zostawali skazywani i cały świat uważał sprawę za zamknięta.



Przełomowe badania prowadzone przez Tencha i Forda w jednych budzą zachwyt i podziw w innych oburzenie i odrazę. Jak zawsze gdy zostaje wprowadzone nowe, nieznane i nierozumiane spotyka się z falą krytyki, ale też i pochwał. Pomiędzy spotkaniami z mordercami agenci prowadzą w miarę normalne życie. Choć każdy z nich boryka się z własnymi wewnętrznymi demonami i problemami, które często wynikają z ich pracy, która jak można się domyślić nie należy do najprzyjemniejszych. Przede wszystkim pokazani są oni jako zwykli ludzie, którzy tak jak każdy z nas posiadają swoje rozterki emocjonalne pomimo całej wiedzy psychologicznej i odporności na okropne wizje jakimi zasypują ich seryjni mordercy. Aktorzy wcielający się w rolę agentów są naturalni i prawdziwi w końcu swoje pierwowzory mają w realnym świecie. Historie ukazane w tym serialu zaczerpnięte są z książki „Mindhunter”, której autorem jest jeden z najlepszych agentów FBI w dziedzinie profilowania morderców John Douglas. Jego osoba była również inspiracją do powstania postaci agenta Jacka Crawforda z filmów o Hannibalu Lekterze.



Oglądając Mindhunter widz wciąga się w historię z odcinka na odcinek niczym agent Ford w umysły morderców. Dopracowane ujęcia, ciekawie prowadzona narracja a do tego genialna muzyka. David Fincher po raz kolejny bez cienia wątpliwości odwala kawał dobrej filmowej roboty. Trzeba przyznać, że on ma jakąś magię w rękach bo jakiej produkcji by się nie dotknął wychodzi z tego coś niesamowitego. Razem z nim serial reżyseruje Asif Kapadia oraz Andrew Douglas. Producentem wykonawczym również jest znakomita aktorka Charlize Theron. Każdy chciał dołożyć swoją cegiełkę do tej ciekawej produkcji. I nic dziwnego. Seryjni mordercy, psychoanaliza, kryminalne zagadki to cały czas tematy na topie zarówno jeśli chodzi o seriale jak i filmy. Uwielbiamy zanurzać się w świat zbrodni i kary z perspektywy wygodnego fotela. Niemniej jednak gdy ogląda się Mindhunter pamiętając o tym, że te wydarzenia miały miejsce naprawdę to włos jeży się na głowie niejednokrotnie. Producentom tego serialu idealnie udało się odtworzyć klimat lat 70, tego jakie panowały wtedy poglądy, jak wyglądali ludzie i czym się w życiu kierowali. Ciekawie jest to zestawione właśnie z postawą agenta Forda, który postanowił zdecydowanie wystąpić przed szereg.



Wszyscy fani pierwszego sezonu mogą tylko z niecierpliwością wyczekiwać jego kontynuacji. W sieci pojawiły się pierwsze doniesienia na temat tego jakie problemy będzie podejmował sezon drugi. Agenci mają się zmierzyć w nim z serią brutalnych morderstw na afroamerykańskiej ludności dokonanych w latach w 1979 roku przez Wayna Williamsa. Sprawa była dość głośna i kontrowersyjna pomimo tego,że morderce złapano po paru latach to zebrane dowody po dziś dzień budzą wątpliwości. W 2005 roku sprawa ta ponownie była rozpatrywana lecz nadal nie udało się jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie czy wyrok został dokonany na odpowiedniej osobie.  


sobota, 7 października 2017

Blade Runner 2049

Blade Runner 2049
reż. Denis Villeneuve
10/10

Łowca wiecznie żywy.

  Trzydzieści lat później, rok 2049, Oficer K, rzeczywistość znana nam z pierwszej części już nie istnieje. Nastał nowy porządek, a może to tylko inna wersja tego samego? Zło pod nową postacią wydaję się być czymś lepszym. Latające samochody, betonowe miasta pochłonięte technologią pozornie pozbawione miłości. Replikanci jak gdyby ułożeni. Osiągnięto utopie ? Denis Villeneuve wyszedł na ring z samym Ridleyem Scottem podejmując decyzję by zmierzyć się z nieśmiertelnym klasykiem na którym wielu z nas się wychowało.

W większości wypadków sequele są zupełnie niepotrzebne i jednocześnie zupełnie nie udane. Pierwsza część z nieśmiertelnym Harrisonem Fordem w reżyserii Ridleya Scotta powstała przeszło trzydzieści pięć lat temu. Stała się dziełem kultowym i ponadczasowym wyznaczającym nowe trendy w sztuce kinematografii. Villeneuve stąpał po bardzo cienkim lodzie, ale pod czujnym okiem Scotta, który był producentem kontynuacji historii łowcy androidów. I chyba to była pierwsza dobra decyzja, która doprowadziła do lawiny sukcesów tej produkcji. Sam Scott nie stanął za kamerą lecz postawił przed nią świetnie prosperującego reżysera, twórcy Labiryntu, Sicario oraz Nowego początku. Dało to efekt czegoś nowego, świeżego a przede wszystkim narodziny kolejnej legendy. Villeneuve włożył cały swój talent w tę produkcję i wyszedł z niej obronną ręką, w niektórych momentach nawet przewyższając pierwszą część.

W postać nowego łowcy androidów wciela się Ryan Gosling. Przez jednych nienawidzony przez innych uwielbiany odnajduję się idealnie w roli Oficera K. Swoją surowością i umiejętnością włączania i wyłączania emocji na zawołanie bawi się z widzami przez prawie cały seans balansując pomiędzy replikantem a człowiekiem. Gubimy w końcu rezonans tak jak i on sam. Nie wiem czy inny aktor odnalazł by się w tej żonglerce uczuciowej tak samo dobrze jak on. Ułożony pracownik policji Los Angeles wprowadzający nowy porządek pod dowództwem kobiety z krwi i kości. Wykonuje bez mrugnięcia okiem kolejne rozkazy po czym wraca do swojego lokum a tam zastajemy powtórkę z filmu Her gdzie wirtualna inteligencja, hologram kobiety czeka na swojego ukochanego. Bardzo ciekawie wprowadzony element technologii, która jednocześnie wydaję się być kimś realnym i czującym. Razem z Oficerem K podążamy śladem sprawy, która może niepokojąco wpłynąć na zastaną rzeczywistość. Balansujemy pomiędzy skrajnymi sytuacjami i emocjami wyważonymi idealnie. Czekając na ten upragniony moment gdy nowe styka się ze starym.


Blade Runner 2049 urzeka wszystkim, ale najbardziej niesamowitą muzyką. Muzyką, która niejednokrotnie tworzy cały klimat i wciąga nas w tą rzeczywistość sprawiając, że jesteśmy pochłonięci obrazami ukazywanymi nam przed oczami. Za tą emocjonalną ścieżkę dźwiękową płynąca nam w żyłach przez cały film odpowiada mistrz Hans Zimmer oraz Benjamin Wallfish. Ujęcia industrialnego miasta, post apokaliptycznych metropolii w połączeniu z muzyką tych panów to dzieło Rogera Deakinsa. Zdjęcia porywają nas w wir świata łowcy androidów przez cały seans. Wykonane tak bardzo realistycznie, że aż nie wiadomo gdzie zaciera się granica „zielonego ekranu”. Reżyser prowadzi fabułę z prawdziwym wyczuciem i namaszczeniem co kulminacyjnych momentach daje efekt „wow”. Nie ma tu przesadzonych dialogów a aktorzy prowadzeni są z klasą. Upragniona sekwencja na którą najdłużej się wyczekuje to oczywiście moment spotkania Oficera K i Decarda czyli Ryan Gosling kontra Harrison Ford. Trzeba przyznać, że ten duet współgra ze sobą jak dobrze naoliwiona maszyna. A Ford jak wino im starszy tym lepszy.



Blade Runner 2049 zapiszę się na kartach filmowej historii jako jeden z najlepszych sequeli. Wszystko dopracowane i dopięte na ostatni guzik. Harmonia bijąca z każdego drobnego szczegółu naprawdę zasługuję na podziw. Zdecydowanie Denis stanął na podium stawiając poprzeczkę bardzo wysoko. Wchodząc w każdy milimetr naszego ciała sprawiając, że nawet po seansie na długo zostajemy w transie tej produkcji. Niemniej jednak hołd zawsze będzie należał się pierwszej części z 1982 roku gdyż ten klimat filmów z lat 80 jest nie do podrobienia. Cofając się w czasie i patrząc na to jakie wtedy były możliwości filmowe niezaprzeczalnie zawsze Blade Runner Scotta będzie pionierem lecz Villeneuve stworzył dzieło, które bez apelacyjne godnie reprezentuje pierwowzór. I można by rzecz, że tak oto uczeń staję się mistrzem.  

wtorek, 19 września 2017

To

To 2017
reż. Andres Muschietti
9/10

Strzeż się czerwonego balonika!

 Andres Muschietti po niezbyt imponującym debiucie w roku 2013 roku produkcją Mama wypłynął tym razem na szerokie wody. Sięgając po powieść mistrza grozy Stephena Kinga z 1986 roku , poprzeczkę ustawił sobie bardzo wysoko. Premiera oczekiwana była z wielkim napięciem a sama promocja filmu w USA pozwalała domyślać się, że pokłada się w nim dużo nadziei.
 Po raz pierwszy o ekranizację tej powieście pokuszono się w 1991 roku wydając miniserial gdzie w rolę demonicznego klauna wcielił się sam Tim Curry. Aż 26 lat czekaliśmy na to by pojawiła się pełnometrażowa wersja. Z adaptacjami książek Kinga bywa naprawdę różnie. Jedne są imponujące jak chociażby osławione Lśnienie, Misery czy też Pokój 1408 a inne pozostawiając wiele do życzenia. Jak wiadomo już od lat Stephen King osiągnął miano mistrz grozy w prozie i wydał wiele niepokojących ale też i wzruszających powieści i opowiadań. W jednym z wywiadów powiedział, że wszystkie przerażające historie ma w głowię. Będzie pisał póki starczy mu pomysłów. Pomimo tego, że książki przesiąknięte są makabrą i wydają się świetnym materiałem na film widać, że twórcą ciężko przenieść je na ekran kinowy. Tym razem To nie rozczarowało fanów zarówno Kinga jak i filmowych horrorów i stanęło na czele jednych z najlepszych filmów w obrębie gatunku ostatnich lat. To ma w sobie wszystko to co powinien zawierać każdy dobry film grozy.

 Począwszy od niesamowitej charakteryzacji i kreacji przerażającego klauna w którego postać w filmie Muschiettiego wciela się szwedzki, młodziutki aktor Bill Skarsgard. Zrobiony jest w sposób klasyczny z hołdem dla przeszłości. Strój, make-up, jego śmiech i znamienny czerwony balonik przyprawiają o dreszcze. Skarsgard w rolę wcielił się idealnie. Gra całym sobą i dokładnie to się czuję oglądając go przez dwie godziny piętnaście minut nie ma żadnych wątpliwości co do tego, że jest on klaunem z piekła rodem. Wszyscy Ci, tak jak ja mający fobię co do klaunów, będą chcieli uciec z kina jak tylko pojawi się on na ekranie po raz pierwszy a jego czerwone oczy jeszcze długo będą dostrzegać w ciemnościach. Symbol dziecięcej radości z wszystkich kinderbali zdecydowanie w To przybrał całkowicie odwrotny wydźwięk i co prawda dzieci do niego lgną albo bardziej on do dzieci, ale wszyscy wiemy jak to się kończy.

Historia sama w sobie jest już niesamowita. Grupa dzieciaków wożąca się na klasycznych bmx'ach składającą się z pozoru z bandy nieudaczników staje do walki z przerażającą istotą, której demonicznej siły dorośli mieszkańcy Derry zdaję się, że nie dostrzegają. Od młodych aktorów dostajemy dawkę strachu, miłości, przyjaźni, oproszoną świetnym humorem i dostajemy to w idealnych proporcjach. Wszystko jest tutaj wyważone. Razem z Billim, Benem, Richim, Mikiem, Eddiem, Stanleyem i Beverly stawimy czoło ich największym lękom bo przecież właśnie na tym żeruję klaun Pennywise. Jednocześnie odnosimy wrażenie, że przeżywamy razem z nimi etap dzieciństwa w którym przestają być dziećmi i powoli wchodzą w świat dojrzewających nastolatków. Każda z tych postaci poprowadzona jest idealnie. Z każdą z nich jesteśmy w stanie nawiązać nić porozumienia. Wzruszają, bawią, sprawiają, że chcemy im pomóc i zawzięcie kibicujemy, boimy się o nich i mamy nadzieję, że skończy się to wielkim happy ednem. Grają tak przekonująco, że nie można oderwać oczu od ekranu. No chyba, że pojawia się na nim właśnie Pennywise...A de facto pojawia on się często, ale w każdym ujęciu ukazany jest inaczej, groźniej , straszniej co sprawia, że z biegiem filmu boimy się go co raz bardziej i bardziej. Wklejony on jest w rzeczywistość dzieciaków co nadaje temu strachowi realny wydźwięk. Nie jest on odrealniony od tego co ich otacza. Żyje jakby obok nich pojawiając się pod różnymi postaciami w zależności od tego czego nasi bohaterowie boją się najbardziej.


Cała atmosfera w filmie idealnie balansuje pomiędzy grozą i radością. Zdecydowanie każdy reżyser horrorów chciałby mieć taką produkcję na swoim koncie. Wbrew panującemu ogólnemu przeświadczeniu o tym, że twórcy To skopiowali klimat lat 80 z kasowego serialu Starnger Things doszłam do informacji, że ekipa filmowa To weszła na plan filmowy zanim serial się pojawił. Możemy jedynie w takim razie przypuszczać, że narodził się nowy sposób narracji horrorów i to całkiem udany. Nostalgia, którą nam się serwuje z tych dwóch produkcji jest szczególna. Odnosi się do naszego wewnętrznego dziecka, do powrotu do okresu beztroski i niewinności kiedy nagle zostaje to zaburzone przez coś przerażającego i niepokojącego. Dorośli radzą sobie z problemami lepiej niż dzieciaki, ale tylko teoretycznie. Młoda ekipa z To udowadnia, że siła jest we wspólnocie i przyjaźni. Z niecierpliwością czekamy co dalej się wydarzy w miasteczku Derry. 

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Wielkie kłamstewka

Wielkie kłamstewka
David E.Kelly

8/10

Brzydka prawda.

Wielkie kłamstewka to serial amerykańskiej produkcji oparty na powieści Liane Moriaty o tym samym tytule. Z pozoru wydaje się być opowiastką o sielankowym życiu bogatej społeczności mieszkającej w małej nadmorskiej miejscowości Monterey. Dość szybko przekonujemy się, że za każdym pięknym obrazem kryję się brzydka prawda.
Akcja serialu skupiona jest głównie wokół losu trzech bohaterek i ich rodzin, które przeplatają się z miejscową społecznością.
Madeline Martha Mackenzie ( Reese Witherspoon ), piękna, blond-włosa, wpływowa kobieta, która całkowicie poświeciła swoje życie wychowaniu swoich dwóch córek, młodszej Darby oraz nastoletniej już Abigail. Dzieli to również na swojego męża Eda, który zawsze stoi za nią murem choć to nie łatwe bo Madeline ma bardzo wybuchowy charakter. Wolny czas spędza w lokalnym teatrze na organizowaniu spektakli. Brzmi idealnie prawda? Lecz Madeline ma w swojej przeszłości zadrę, która może zniszczyć jej małżeństwo.
Celeste Wright ( Nicole Kidman ) jest byłą bardzo szanowaną panią prawnik, która sale sądową zamieniła na wychowanie dwójki swoich bliźniaków oraz spędzanie czasu z przystojnym, młodszym od niej mężem. Ogromny dom nad oceanem, dwójka ukochanych dzieci, idealny na pierwszy rzut oka mąż, czego chcieć więcej? Celeste zaczyna tęsknić za salą sądową lecz jej mąż jest kategorycznie przeciwny jej powrotowi tam. Generuje się między nimi co raz bardziej napięta sytuacja doprowadzająca do niepokojących wydarzeń.

Jane Chapman ( Shailene Woodley ) jest nowa w mieście. W dodatku jest samotnie wychowującą matką małego Ziggy'ego i na domiar tego wszystkiego jest kobietą pracującą i skromnie żyjącą. Zupełnie inaczej niż Celeste i Madeline. Niemniej jednak jakimś przedziwnym zbiegiem okoliczności cała trójka zaciska więzi i stają się prawdziwymi przyjaciółkami. Jane ma swoje demony z przeszłości, które cały czas nie chcą jej opuścić. Ziggy co raz częściej zadaje pytania o swojego tatę co co raz bardziej wytrąca z równowagi Jane, do czego to doprowadzi?
Fabuła poprowadzona jest bardzo sprawnie. Towarzyszą nam piękne zdjęcia, niesamowita okolica i z pozoru idealni mieszkańcy. A dodatkowo niesamowicie dobrana muzyka, która pojawiając się w danej scenie spełnia idealnie swoje zamierzenie czyli podkręca tylko ukazywany nam obraz jeszcze bardziej pobudzając emocję. W tej małej "utopi" zaczynają dziać się prawdziwe dramaty a koniec kwituje największy z nich. Sąsiedzkie intrygi, wzajemne rzucanie sobie kłód pod nogi, niewygodna prawda wychodząca na jaw i inne typowe dla każdej społeczności interakcje międzyludzkie. Raz lepsze a raz gorsze jak to w „rodzinie bywa” najlepiej wychodzi się z nią na zdjęciu. Twórcy serialu zapewniają nam intrygującą, zwartą akcję, która im bliżej finału tym wydaje się, że będzie bardziej spektakularna i zdecydowanie tak jest ! Przyznać również należy, że hollywoodzkie gwiazdy, które wcieliły się w główne postacie naprawdę spisały się wyśmienicie. Każda z nich zagrała na najwyższym poziomie spychając trochę na drugi tor swoje doświadczenia z dużego ekranu i prezentując nam coś nowego i świeżego. Na pewno dzięki temu serial przyciągnął aż tylu widzów na całym świecie.

Jeden z producentów HBO dla którego ekranizowany był serial zdradził, że poprosił autorkę powieści o kontynuację więc całkiem możliwe, że w niedalekiej przyszłości poznamy dalsze losy naszych bohaterek oraz to jak wpłynęła na nie końcowa tragedia.  

wtorek, 18 lipca 2017

Mięso

Mięso 2017
Julia Ducournau


7/10

A Ty co masz ochotę dziś zjeść?

  Julia Ducournau swoją karierę międzynarodową zaczyna dość mocnym debiutem na dużym ekranie. Mięso zostało okrzyknięte jednym z najbardziej odstręczającym i przyprawiającym o mdłości horrorem ostatnich lat. Dla przeciętnego widza za pewne tak będzie. Jednakże dla wytworniejszych smakoszy filmów grozy może nie do końca.

Po ogólnym skandalu w okół filmu spodziewać się można było czegoś na poziomie Martyrys bądź Frontière(s) lecz obiektywnie patrząc nie jest aż tak strasznie. Mięso to opowieść o młodej wegetariance Justine (Garance Marillier), której odwiecznym marzeniem było dostać się na weterynarię i dokonuję tego jako jedna z najlepszych uczennic. Trafia na uczelnie na której tą samą specjalizację studiuję jej starsza siostra Alexia (Ella Rumpf). Jak to na początku bywa Justine musi przejść chrzest bojowy od starszych kolegów by zasłużyć na miano pierwszoroczniaka. Jednym z zadań do przejścia jest zjedzenie surowych nerek królika. Justine pod przymusem i z obrzydzeniem dokonuje tego czynu. Od tej pory dziewczyna zaczyna przejawiać co raz bardziej zdziczałe i dziwaczne zachowania.

Jak dowiadujemy się już na początku filmu cała rodzina Justine wyznaję dietę wegetariańską. Ostra reakcja jej mamy już na początku filmu, spowodowana kawałkiem mięsa w obiedzie Justine w restauracji, daje już dużo do myślenia. Jak wiemy gdy zwierze raz zasmakuje świeżego mięsa i krwi nie poprzestanie dopóki nie upoluje zwierzyny. I właśnie dokładnie to dzieję się z naszą niewinną Justine. Wyostrzają się jej zmysły, staje się pobudzona i ma ogromną ochotę na mięso. Na świeże ludzkie mięso. Instynkt przejmuje nad nią kontrolę. Gdy jej siostra dowiaduje się o tym pokazuję Justine jak ona "poluje" by się najeść. Dziewczyna na początku reaguje paniką lecz ze swoimi prawdziwym wcieleniem nie jest w stanie walczyć. Okazuję się, że nie bez powodu jej cała rodzina wychowywała się w diecie wegetariańskiej. Kanibalizm mają we krwi, dosłownie.

Na uwagę zasługuje również gra aktorska oby dwóch dziewczyn. Garance Marillier w bardzo naturalny i przekonujący sposób wciela się w rozchwianą emocjonalnie, dorastająca kanibalkę, Justine. Młoda dziewczyna w okresie dojrzewania przeżywa swój mały dramat zupełnie nie pasujący do otaczającego ją świta. Marillier tą rolą pokazuję, że jest utalentowaną aktorką nie bojącą się wyzwań zagrania drastycznych scen. Ella Rumpf gra starszą siostrę, która jak się domyślamy już jakiś czas temu odkryła swoje prawdziwe ja. Dziewczyna jest wyzwolona i szalona również nie cofająca się przed niczym. Nie każdy miałby odwagę zagrać w takim filmie i to tak swobodnie.

Reżyserka Julia Ducournau postawiła na mocny temat lecz nie oderwany od rzeczywistości. Akcja filmu dzieję się współcześnie wśród młodego środowiska studentów. Kanibalizm znany jest od setek lat zarówno w przyrodzie jak i wśród ludzi. Na pewno jest to zjawisko wychodzące po za kanon dobrego smaku i przestrzegania zasad moralnych, ale nie jest to coś "nie z tej ziemi". Ujęcia w filmie są bardzo surowe i mocne. Muzyka świetnie dobrana cały czas podkręca tematykę i utrzymuję film w klimacie. Co prawda niektóre sceny naprawdę sprawiają, że ma się ochotę odwrócić wzrok i pomyśleć o czymś miłym. Jednak film ma moc przyciągania i dalej z fascynacją, ale i oburzeniem brnie się w tą opowieść. Zdecydowanie jest powiewem nowości i świeżości jeśli chodzi o horrory. Dzięki Julian Ducournau wiemy, że ten gatunek filmu może nadal zaskakiwać.  

piątek, 14 lipca 2017

It Comes At Night

To przychodzi po zmroku 2017
 Trey Edward Shults
8/10

Minimalistyczny koniec świata


 Trey Edward Shults w To przychodzi po zmorku postawił na ukazanie świata post-apokaliptycznego w zupełnie niecodziennym świetle. Odludzie, dookoła bezkresna przyroda, samotność głównych bohaterów, narracyjny minimalizm oraz enigma. Wszystko jest niewyjaśnioną zagadką. Opowieść zdaje się nie mieć ani początku ani końca. Widz pozostawiony jest sam na sam ze swoim umysłem. Klimat izolacji, osamotnienia oraz niewytłumaczalnego lęku towarzyszy nam już od pierwszych minut filmu i nie opuszcza aż do wyjścia z sali kinowej.

Historia rozgrywa się w samotnym domostwie otoczonym przez las. Paul (Joel Edgerton), Travis (Kelvin Harrison Jr.) oraz Sarah (Carmen Ejogo) staraja się przetrwać w niecodziennych warunkach. Wprowadzają w rytm swojego życia rutynę oraz zakres obowiązków tak by uchronić się jak najlepiej przed czyhającym złem. Jedną z najważniejszych zasad do przestrzegania jest nie wychodzenie po zmroku pod żadnym pozorem oraz pilnowanie by czerwone drzwi zawsze były zamknięte. Na myśl wytrawnemu kinomanowi przyjdą w tym momencie na pewno takie filmy jak Lśnienie, Coś bądź Blair Witch Project. Choć Shults nie wyreżyserował typowego horroru odchodząc od kluczowego opisu tego gatunku bardzo daleko nie budzi wątpliwości, że nieznanym potrafi idealnie wzbudzić w widzu atak paniki.

 Proza życia naszej trójki bohaterów zostaje najpierw dość mocno nadszarpnięta przez tragiczną śmierć ojcy Sarah a następnie przez pojawienie się tajemniczego mężczyzny Willa (Christopher Abbot), który przekonuje do siebie na tyle Sarah i Paula, że postanawiają dać schronienie jemu i jego żonie z małym synkiem. Od tego momentu głównie z Travisem, synem Saraha i Paula, dzieją się dość niepokojące rzeczy. Nastolatek ewidentnie poczuł się zafascynowany nowo przybyłą młodziutką żoną Willa, Kim ( Riley Keough). Co jest całkowicie zrozumiałe zwłaszcza,że 17-nastolatek został pozbawiony całego okresu odkrywania swojej płci jak i płci przeciwnej przez tajemniczego wirusa. Dodatkowo Travisem targają mocno niepokojące koszamry ,które pojawiają się co noc. Momentami gubimy się w tym co jest prawdą a co tylko jego marą senną.  

 Dwie rodziny skazane całkowicie na siebie przez 24/7 w obliczu strachu przed śmiercią. Współpracują ze sobą, wspierają się i żyją jednakże doza nieufności pojawia się bardzo szybko. Shults idealnie pokazuję jak cienka granica jest pomiędzy człowieczeństwem a poddaniu się zwierzęcym instynktom w pragnieniu przetrwania. Przetrwa lepszy, silniejszy i ten bardziej pozbawiony emocji. Dobrze wykreowane postacie, łagodne, momentami stoickie ujęcia podkręcają tylko klimat mieszkania niczym na bezludnej wyspie. A w końcu to co przychodzi po zmroku nie przychodzi ,ani z ciemnego lasu, ani z piekielnych czeluści to siedzi głęboko ukryte w każdym z nas i tylko czeka by przy sprzyjających warunkach pokazać się światu dziennemu.